Fatalne przedawkowanie

Był pierwszy dzień czerwca. Z Trzemeszna do Poznania przybyłem o godzinie dziewiątej, sama zaś podróż trwała niewiele ponad godzinę. Czas, który musiałem poświęcić na drogę z jednego miasta do drugiego, upłynął niezwykle szybko.

Podczas jazdy pociągiem zwróciła moją uwagę pewna osoba. Był to młody, około dwudziestopięcioletni mężczyzna, ubrany elegancko, sprawiający wrażenie kogoś o podwyższonych standardach kultury osobistej, co wynikało nie tylko z jego wyglądu, ale przede wszystkim z tego jak się zachowywał. I tak: za każdym razem, gdy ktoś wychodzi z przedziału i nie zasuwa za sobą drzwi, ten elegancki i dobrze wychowany pan, bierze za punkt najwyższej dostojności swojej i honorowości dokończyć dzieła nieznajomej osoby, zamyka drzwi i to bez jakiś tam kwaśnych, krzywych, co to, to nie, po prostu zaciska na uchwycie swoją gładziutką, śliczną rączkę, pociąga, szast-prast i zrobione. Potem jak przystało na osobę pokroju jego nieskazitelności i godności ociera dłoń o nogawkę czarnych wykwintnych spodni. Oto wzór do naśladowania!

Przechodzi jedna osoba. Przechodzi druga, trzecia, młody mężczyzna bez drgnienia ust, bez najmniejszej zmarszczki na twarzowości wykwintnej zamyka. Raz, dwa. Trzeszczenie, huk. Trzy, cztery. Bam, bam. Pięć. Bęk. A gęba nic. A drzwi huk. A pociąg paradarada rozpruwa bebech nizinie. Już tak zamknął drzwi około dziesięć razy, już dziesięć razy wytarł dłoń w spodnie i eleganckim, swobodnym ruchem wkłada ten palec w nos. I dłubie.

To masz ci elegant! Birbant i brudas pod pancerzem wytworności koszulowatej, garniturowatej, bo tam perfum, a na szyi rzepa rośnie. Ale trudno. I takich ludzi musi naprodukować matuchna nasza natura najświętsza.

Wysiadając z pociągu sprawdzałem, czy aby na pewno nie ma w pobliżu kogoś z moich znajomych, (który by też miał z jakiś powodów odbyć podróż do Poznania), ale jak się szybko okazało na próżno i drogę z dworca musiałem pokonać sam. Zaraz pochłonęły moją uwagę liczne rozkopy, odkształcenia, zjeżenia piasku, ubicia, wszelkiego rodzaju deformacje, którym został poddany tu i ówdzie Poznań. Zaraz słyszałem, jak jeden majster krzyczał do drugiego. A jak ten pierwszy krzyczał, to zaraz było wiadomo, że to się nie może tak po prostu skończyć, to też ten nakrzykiwany zaraz odkrzykiwał innemu, przygotowującemu się do krzyku, ten oddawał najbliższemu majstrowi, albo pomocnikowi i przeciągał się oto krzyk, przekrzykiwany krzykiem ziarnistym, paciorkowatym, wzmożonym porykiwaniem kopar, hukaniem majsterskich młoteczków, młotów, buław, rur buczeniem nabrzmiałym. Ach! Co to było za słuchowisko!

Odbywało się to w wielkiej jamie, głębokiej na trzydzieści metrów, a szerokiej na sto. Cały obszar rozbudowy oddzielony został od reszty miasta specjalną siatką. Idąc, usłyszałem krótką rozmowę dwóch panów, z których jeden był pracownikiem budowy, a drugi przechodniem.

-Do roboty byś się wziął! – mówi przechodzeń, zastając robotnika w czasie spoczynku – za komuny nie było czegoś takiego. Wszyscy robili.

-Ty tam wiesz, jak było za komuny, pajacu – odpowiada drugi. Rozmowa urwała się, a ja rozmyślając nad sensem zasłyszanych przed chwilą słów, niesiony licznymi tęsknotami, udałem się w stronę uniwersytetu.

W drodze zdałem sobie sprawę z tego, że jestem niesiony innymi jeszcze powodami niż tęsknota, na co przypomniała mi się pewna anegdotka. Rozmawia dwóch pijaków obok uniwersytetu (co się pod naszym czasem zdarza) i jeden mówi do drugiego:

-Idę na uniwersytet.
-Studiować?
-Nie, wysrać się.

Mnie na przypomnienie tej historii śmieszno zaraz się zrobiło, buchnąłem tym buchadłem swoim nieposkromionym, a rozpruwającym bebech i cóż, że ludzie jak na psełdoka jakiegoś i bębuca patrzyli, cóż, że ciuciubabka w gaciach i trąba? Ja już śmiechu nie mogłem powstrzymać i tak śmiejąc się szedłem, szedłem, aż w końcu doszedłem.

Pierwsze com zrobił, zaraz po wejściu do uniwersytetu, było odwiedzenie toalety, albowiem niesiony byłem już naprawdę silną potrzebą. Nagle siedząc w kabinie, usłyszałem dochodzące z zewnątrz, niepokojące odgłosy. Coś jakby chrząkanie, kaszel, twór flegmatyczny, nadgnity i tłusty. Zadrżałem. Bo cóż? W tym momencie akurat, kiedy ja zajęty odpotrzebowaniem własnym, ktoś przychodzi, buchając z całą swoją niemożnością chrząkającą, kaszlącą.

Postanowiłem, będąc w takim położeniu, że upozoruję brak mojej osoby w kabinie, licząc, że tajemniczy jegomość opuści czym prędzej toaletę, albo, na Boga! przestanie chociaż chrząkać. Mijały długie minuty, ale mężczyzna ów kaszleć nie przestawał. Zdecydowałem się w końcu opuścić kabinę i wyjść problemowi naprzeciw.

– Na miłość boską – mówię – czemu pan tak kaszle?

-Panie – kaszel – gdybyś pan – kaszel – był na moim miejscu – kaszel – … to już jest nie do – kaszel – wytrzymania – kaszel – żyć normalnie nie – kaszel – można – kaszel – kaszel – kaszel.

-Przecież to się powinno leczyć, antybiotyki łykać, w domu siedzieć pod kocem, książkę czytać – tu jakby na słowo książka zmarszczył się, co mi się wydało niezmiernie ciekawe, że właśnie tak reaguje na to słowo, ale że nie byłem do końca pewny tego, mówię:

-Książka, czytanie – jak nie wrzasnął, jak nie pisnął, jak nie zaryczał, co mi się wydało niezmiernie ciekawe, bo tak jakby właśnie na te słowa, ale że jeszcze nie byłem do końca pewien, mówię: książka, przyswojenie, wiedza.

-Panie! Zlituj się pan –kaszel – nade mną ! Ja już nie – kaszel – wyrabiam. Od trzech – kaszel – lat mam już ten cholerny kaszel, a pan mi tu jeszcze o czytaniu –kaszel – kaszel – kaszel.

Co ma jedno z drugim wspólnego – pomyślałem i nie mogąc już wytrzymać narastającej ciekawości, pytam:

-Co ma jedno z drugim wspólnego?

-Panie, mówisz pan ,jakbyś nie wiedział – kaszel – kaszel –kaszel.

Ale ja naprawdę nic nie wiedziałem, no więc pytam, co miałbym niby wiedzieć, że jak nie chce mówić, to może mi chociaż jakąś książkę polecić, z której mógłbym się czegoś dowiedzieć, przeczytać. Ten jak Huknął:

-Aaa! Zwariować można . Mówiłem głupkowi nie używać, nie używać, a ten znowu swoje – i już wychodzi

-Panie, gdzie pan idziesz?

-Na zajęcia. Proszę mnie nie zatrzymywać, śpieszę się – ja na to w krzyk:

– Na zajęcia?! Jest pan profesorem? Halo! Niech pan zaczeka! Jest pan profesorem?! – ale on już oddalił się ode mnie i znikł w długich korytarzach uniwersytetu.

Poszedłem jeszcze za nim w nadziei, że natrafimy na siebie, ale na próżno. Tajemniczy mężczyzna zaszył się pewnie w jakieś sali i nie w myśl mu było szybko ją opuszczać. Ja natomiast postanowiłem udać się do biblioteki załatwić tam kilka spraw.

Już miałem iść, gdy nagle widzę, jak jakiś starszy mężczyzna wychodzi z windy, korzystając z pomocy parapodium. Sprawiał wrażenie kogoś, kto właśnie wyszedł ze szpitala, gorzej, kogoś, kto wyszedł z kostnicy. Polik skostniały, ręce trupioblade, strzęsione, wyschnięte, włosy przetłuszczone, wzrok człowieka obłąkanego. Szedł, ledwie utrzymując skórzaną teczkę. Podszedłem do niego i zaproponowałem pomoc w przemieszczeniu się.

-A Bóg zapłać młody, dobry człowieku. Przez te cholerne tramwaje spóźniam się zawsze na zajęcia. Nie dosyć, że samo chodzenie zabiera mi sporo czasu, to jeszcze to muszę znosić – w tym momencie zakaszlał, ale tak straszliwie, że do dzisiaj wspominam o tym z niejakim obrzydzeniem. Potem wyciągnął z kieszeni chusteczkę i wytarł krew, która wyciekła mu z ust. Krew, albo ropę.

-Jest pan profesorem? – szybko jednak uznałem to pytanie za niewłaściwe, dlatego by zmienić kierunek rozmowy spytałem o to, co mu dolega. Zaczął opowiadać mi o swojej chorobie, o tym, że zaczęło się od trzydziestego roku życia. Choroba stopniowo przechodziła od kataru, poprzez kaszel uciążliwy tak bardzo, że nie dało się normalnie funkcjonować, aż do zaniku mięśni, osteoporozy i ogólnego wycieńczenia organizmu. Choroba poza tym sprawiała, że organizm starzał się szybciej i profesor ów, mimo że wyglądał na siedemdziesiąt lat, miał w rzeczywistości tylko czterdzieści osiem.

-Teraz czeka mnie już ostatnie stadium choroby.

Straszny mnie żal opanował, kiedy wysłuchałem historii profesora, już miałem rękę włożoną w kieszeń, aby wyciągnąć chusteczkę i zacząć płakać głośno i żałośnie, ale zamiast zrobić to, zapytałem go tylko o przyczynę choroby.

-Przedawkowanie – mówi. Ja na to zdziwiłem się strasznie, bo przecież wiem z różnych filmów i książek, że przedawkowanie nie wpływa na tak długotrwały rozwój choroby, że wręcz przeciwnie, działa gwałtownie i jednorazowo.

-Przedawkował pan? Co?

-Wiedzę – ja buchnąłem śmiechem, biorąc to za niezwykle udany żart profesora, śmiałem się tak kilka sekund, aż zatrzymany zostałem potwornym krzykiem.

-Z czego się śmiejesz głupcze?!

-No, z pana żartu. Wydał mi się śmieszny – ten jednak wyrwał mi z rąk torbę i mówi:

-Niech cię ręka boska ukarze za śmianie się z nieszczęść innych. Idę na zajęcia. Proszę mnie nie zatrzymywać. Śpieszę się – machnął ręką i poszedł.

Niezmiernie zdziwiony byłem, bo to już drugi profesor, który ucieka dziś ode mnie z krzykiem. Pozbawiony towarzysza udałem się do biblioteki.

Już przy samym wejściu spotkałem się z spojrzeniem pewnej młodej kobiety. Uczyniła mi uwagę dotyczącą zbyt głośnego zachowania się w bibliotece, mówiąc, że przeszkadza to profesorom, czego nie do końca rozumiałem, albowiem żadnego profesora w pobliżu nie spostrzegłem. Więc mówię do niej, że nie widzę tutaj żadnych profesorów. Wtedy kobieta chwyciła mnie za rękę i zaprowadziła do jakiegoś pomieszczenia, a co wtedy zobaczyłem, moi kochani, do dzisiaj nie potrafię zapomnieć.

Wstąpiłem oto w pokój przedziwny, w swojej prostocie dziwaczny, konkretny, choć o geometrii nieco złożonej, rozlazłej. Zrazu uderzyło we mnie światło bijące z potężnych lamp, wzmożone dodatkowo bielą prostopadłą ścian, prześcieradeł po lewej, prawej, sufitu, okien zmarszczonych u góry żaluzją, nad którą przylepiona subtelnie fałdka cienia, coś niby wtulenie smug, drgań rozlazłe, ściszone. Wstąpiłem w głąb pokoju. Zaraz oczom zaczęły ukazywać się obrazy: stolik jeden, drugi, trzeci, kolejne. Między nimi zaś następowały ruchy kobiet, mężczyzn przebiegające, zygzakowate, pośpieszne. Jakieś rurki, przewody, obok nich znowu łóżka: jedno, drugie, trzecie, kolejne. Na łóżkach ludzie śpiący, nie śpiący, gdzieś wystawiona noga, ręka, szyja, mnogość ciał bijąca bladością i niemocą, a więc ręka, noga, szyja, ciało, niemoc i bladość bijące raz, dwa, trzy, cztery, raz, dwa, trzy, cztery. Drodzy moi mili, znajdowałem się nie gdzie indziej jak w szpitalu.

Na łóżkach owych leżeli profesorowie o ciałach wyschniętych, wysmarowanych spartacznością trupią, rozkładającą się w papkę zmielonych mieści, chrząstek, skór, naskórków. Cała potworność ohydy uderzyła we mnie nagle i byłbym może zwymiotował, gdyby nie przypadek osobny, który zajął wtedy moja uwagę.

Jak dowiedziałem się od pewnej młodej kobiety, leżeli w tej sali profesorowie w najgorszym już stadium pewnej choroby. Leczenie właściwie nie odbywało się, a opieka nad nimi sprawowana przez panie bibliotekarki była właściwie symboliczna. We wszystkich przypadkach powód choroby był ten sam: przedawkowanie wiedzy. Pochłanianie kolejnych informacji zmniejszało ich szansę na przeżycie.

Na jednym z kilku łóżek, postawionych w długie, przeciwległe rzędy, spoczywał niebywale stary, lub tylko sprawiający wrażenie starego profesor, wokół którego zbierała się tłumność rodzinna, kameralna i niebywale ożywiona. Twarze zróżnicowane wiekiem, z których najstarsza mogła mieć sześćdziesiąt lat, najmłodsza dwanaście, wszystkie rozrzewnione, rozpalone, stroskane, niby satelity krążące nad łóżkiem chorego, który w spazmatycznych, półzwierzęcych odruchach: raz, dwa, trzy, cztery, raz, dwa, trzy, cztery, wymachuje rękoma, wierzga, dobiera głosu, który załamuje się zaraz pod wpływem emocji wzmożonych niepokojem rodziny. Łzy na jej oczach, ale przede wszystkim na oczach profesora, na skostniałym, trupiobladym poliku mówią tylko jedno: śmierć. Śmierć mówi także pielęgniarka , która przechodzi akurat koło mnie, tak, iż wszystko wskazuje, że raz, dwa, trzy, cztery, w tempie natychmiastowym nastąpi utrąbienie ostateczne, uciuciubabczenie absolutne raz, dwa, trzy, cztery, paradaradarada, ale do tego potrzeba jeszcze jednego elementu niezbędnego wręcz, niezbywalnego: przyswojenia, szału wiedzy, erupcji informacji. A więc rodzina nad łóżkiem profesora, który stanie się za chwile jego grobem, wtedy, gdy po raz ostatni połknie go Tamtość i wypluje w twór odległy i hermetyczny.

Wtedy w gromadę ciał ściśniętych w geście niemal rytualnym przedostaje się lekarz. Skupieniem pomalowane twarze, cisza przerywana jedynie majaczeniem chorego, innych chorych obecnych w sali, szuraniem łapci stłumionym. Lekarz przemawia. Choremu nie zostało już wiele czasu. Jedna książka. Organizm profesora i tak już walczy nienaturalnie długo. Rodzina wybucha jeszcze głośniejszym płaczem. Jedna kobieta wyciąga różaniec i zaczyna się modlić, kilka osób przyłącza się, zdrowaś Maryją łaski pełna, raz, dwa, trzy, cztery, zdrowaś Maryjo łaski pełna, raz, dwa, trzy, cztery, ktoś klęka, ktoś obejmuje chorego, ktoś wznosi dłonie w górę w geście błagalnym , w końcu wychodzi z biblioteki jeszcze jeden krewny, roztrzęsiony i mokry od łez. W dłoni trzyma książkę.
Nikt nic nie mówi, ale wie każdy. Książka ma dopełnić tragedię. Czara ma się oto przelać. Profesor chwyta książkę w nabożnym skupieniu, przesuwa po niej dłońmi, szuka przetarć, zabrudzeń. Na próżno!

Profesor otwiera w końcu książkę. Rodzina jakby uspokoiła się, skupiła, nie chcąc pominąć żadnego szczegółu. Ciszę przerywa jedynie łkanie dobiegające z ust profesora, żałosne, rozrywające serca na pół. Profesor przewraca jedną stronę na drugą, trzecią na czwartą, szóstą na siódmą, doczytuje w końcu ostatnie słowo, ostatni zalążek informacji dany mu przyswoić. W końcu pod wpływem nabytej wiedzy umiera.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *